BABY BASH
"Cyclone"
Arista Records (2007)

$5 - $10
Ocena:
  1. Numero Uno
  2. Cyclone f. T-Pain
  3. Supa Chic
  4. Just Like That
  5. What Is It f. Sean Kingston
  6. Mamacita f. Marcos Hernandez
  7. Dip With You f. Aundrea
  8. Spreewells Spinnin' f. Chingo Bling, Lucky & Queenie
  9. As Days Go By (The Love Letter) f. Paula Deanda
  10. Na Na
  11. Thrill Is Gone f. Ryan Tedder
  12. Don't Stop f. Keith Sweat
  13. Mean Mug f. Pimp C, Da Stooie Bros & Mistah F.A.B.
  14. Ronnie Rey All Day... Choppin' It Up (interview)
W dwa lata po wydaniu "Super Saucy" raper Baby Bash powraca z nową solową pracą. "Cyclone" to jego 4 album, który wydał jako Baby Bash, a 6 w całej solowej karierze. Niestety Latynosowi z Vallejo nie udało się powtórzyć sukcesu sprzed dwóch lat. Zobaczcie sami.

Przede wszystkim na "Cyclone" panuje przecukierkowa atmosfera. Dotychczas lekki klimat tworzony przez Bash'a był przyjemny i na tyle umiarkowany, że słuchało się go z wielką radością. Tutaj usłyszymy niestety kilka utworów, które są słodkie do bólu. Takie kawałki jak "Mamacita" czy "As Days Go By" prawie już nie brzmią jak rap (czy też nawet hip-hop), a raczej jak połączenie RnB i popu. Jak mam humor, to nawet miło słucha się tych mega spokojnych piosenek, ale nie przykleiłbym do nich już logo z Bay Area. Co więcej, single promujące album, czyli "Cyclone" i "What Is It" nie są już tak dobre jak hity z poprzednich płyt Baby Bash'a. Nie to, że są kiepskie, bo w rzeczywistości są zajebiste, ale więcej w nich T-Pain'a, Sean'a Kingston'a i producentów niż samego Bash'a. Ja chcę usłyszeć na płycie talent rapera, a nie otrzymać go jako dodatek do pakietu. A jeśli już mowa o samym wokaliście to tu nie mam prawie żadnych zastrzeżeń, bo facet po raz kolejny udowodnił, że na mikrofonie nie ma sobie równych. Jego flow i głos tworzą naprawdę niepowtarzalną całość. Chłopak płynie po muzyce z taką swobodą, że wcale się nie dziwię, iż trafił do świata gwiazd. Przekonaliście się już pewnie dużo wcześniej, że artysta łączy w swojej muzyce rap i motywy RnB, nadając piosenkom całkowicie odmienne brzmienie. Tutaj stosuje sprawdzone metody, czyli rapuje bardzo lekko i układa przy tym niepowtarzalne rymy. By moje słowa nie były puste podam jeden krótki cytat: "Watching me perform / Got the Cyclone ringtone on the phone". Pamiętam również, że zrymował gdzieś słowa Maserati i tsunami - majstersztyk. Sam Bash pokazał klasę, ale niestety czuję niedosyt. Za mało mi samego rapera, a i piosenek nie jest najwięcej - 13. Brakuje mi też perełek, które powaliłyby mnie na kolana. Są tu utwory dobre, spoko i trochę gorsze, ale nie ma tych najlepszych. Może to przez produkcję? Bo na pewno nie przez wokal. A co do podkładów, to grzebało w nich sporo ludzi. Oczywiście niezastąpiony Happy P, a także Lil Jon, Ryan Tedder (ze znanego popowego zespołu One Republic, który wypromował Timbaland), J.R. Rotem, Peter Ramirez i inni. Szkoda też, że raper trochę zapomniał, skąd pochodzi, bo gościnne Bay słychać tu raptem w refrenie ostatniej piosenki. Co prawda miło mnie zaskoczył występ Chingo Bling'a i Pimp C. A na koniec najlepsze, choć nie potwierdzone - płyta najprawdopodobniej wyszła tylko w ocenzurowanej wersji! Fakt faktem, że Bash chyba w ogóle nie klnie, ale w dwóch ostrzejszych kawałkach, "Spreewells Spinnin'" i "Mean Mug", dość mocno to przeszkadza, gdy chłopaki z featuringów mają powycinane niektóre słowa. Jeśli zobaczycie wersje z Parental'em - piszcie do nas, to usuniemy to stwierdzenie. Podsumowując, płyta jest dobra, ale nieporównywalnie gorsza od ostatniego "Super Saucy". Niemniej jednak do kolekcji warto dodać.

Made by KhameNei & LethaFace
All rights reserved. Nothing may be used without our permission.
yukmauf@poczta.onet.pl
lethaface@wp.pl