|
To już czwarte solo Brotha Lynch Hunga, rapera z południowej części Sacramento. Niestety muszę zacząć od porównania tej płyty z poprzednimi w dorobku Lyncha. Lekko uogólniając, można śmiało powiedzieć, że wszyscy fani uważają tę płytę za najgorszą spośród dotychczasowych. Niestety jest to prawda. Początkowo płyta wydaje się całkiem niezła. Muzyka nadal zachowuje klimat, jest dosyć mroczno. Niestety już przy czwartym kawałku napotykamy piosenkę zajebaną z płyty P-Folksa. Ogólnie to na albumie nie podoba mi się produkcja Phonk Bety. Wydaje się, jakby nie był to ten sam producent, co na "Loaded". Uważam, że tak około 5 kawałków ma naprawdę kiepską muzę, na tyle biedną, że tylko flow Lyncha je ratuje. Tak naprawdę to tylko 3 piosenki dorównują poziomem do płyty "Loaded". Pozostałe są niestety gorsze. Sam w sobie album jest całkiem fajny, właściwie to typowe solo - raz dobrze, raz nie. Ale kiedy wiem, że Lynch potrafi nagrać wybitny album, to nie doceniam gorszych krążków. Denerwują mnie dziwaczne, jakieś łamane bity, do których nie da się machać głową, a w które także Brotha Lynch Hung nie za bardzo wchodzi. Cóż, mam nadzieję, że to tylko chwilowy wybryk Black Market Records (podobno właśnie w istocie to ich wina). Fanom Lyncha mogę polecić, pozostałym nie za bardzo, bo jeszcze się do tego raper zniechęcą.
|